Grzmot za oknem potrafi wejść prosto do snu, więc wyklucz go najpierw; przy cichej nocy tradycja czyta ten obraz przez napięcie trzymane zbyt długo po cichu.
Lipcowa noc, okno otwarte na oścież, a nad dachami przechodzi front. Prawdziwy grzmot, deszcz uderzający w szybę albo wiatr szarpiący blachą regularnie wchodzą do snu jako pogoda, bo dźwięk przedostaje się do śpiącego łatwiej niż cokolwiek innego. To trzeba wykluczyć najpierw, a dopiero potem czytać obraz dalej. Jeśli noc była cicha, odziedziczone odczytanie mówi o napięciu, które urosło ponad poziom, na jakim dawało się je jeszcze trzymać po cichu.
Więcej waży twoje zachowanie niż sama pogoda. Tłumacze snów rozdzielali kilka układów:
Sny, które nie kończą się razem z pogodą, warto zapamiętać. Mokry, cichy krajobraz z widocznymi szkodami niesie ulgę pomieszaną z rachunkiem strat. Tłumacze zwykle uważali tę drugą część za bardziej wymowną, bo pokazuje, z czym śpiący spodziewa się zostać. Kiedy budzisz się dopiero na tym etapie, spokój zapada w pamięć mocniej niż hałas, który go poprzedzał, i to tam siedzi treść całego snu.
Burza należy do pierwszych rzeczy, których dziecko uczy się bać, a ten wczesny lęk zostaje dostępny przez dziesiątki lat. Jeśli wichura zerwała kiedyś dach nad twoją głową albo trzymała całą rodzinę na nogach do rana, obraz jest najpierw pamięcią, a dopiero potem przenośnią, i czytanie go od symbolu odwraca kolejność. Nic z tego nie jest prognozą, ani pogody, ani niczego innego. Pytanie, które ten obraz podsuwa, brzmi po prostu: co się zbiera i od jak dawna.


